Mike…
the Gunks Legend. Znają go chyba wszyscy okoliczni
wspinacze, przynajmniej Ci nieco starsi, włącznie z lokalnymi Rangers’ami. Nie
dziwne, bo pojawia się w rejonie od prawie 30 lat. Mike wyróżnia się wiecznie
towarzyszącą mu, obklejoną silver-tapem, piersiówką whiskey wiszącą u uprzęży.
Rzecz jasna nie stanowi tam ozdoby. Korzysta z niej w zasadzie na bieżąco,
nawet na prowadzeniu przed crux’em. W ciągu dnia znika w ten sposób – jak
donoszą towarzyszący mu wspinacze –koło pół litra, może więcej. Alkohol jak wiadomo jest
dość dobrą formą energii – ta
najwyraźniej pozwala mu przechodzić trudności… nawet do 5.11. Jednocześnie nie przeszkadza w
asekurowaniu czy prowadzeniu samochodu. Niezwykłe naprawdę. Jak pomyślę o sobie
– jeśli wieczór przed wspinaniem wypiję więcej niż dwa piwa następnego dnia moja forma spada o dwa stopnie czemu
towarzyszy kompletny brak siły i poczucia równowagi. 
Wspinałem się z nim przez jedno popołudnie. Wracając na parking skorzystałem z proponowanej mi piersiówki i próbowałem go namówić na jakieś opowieści i lokalne plotki historyczne. Niestety nie udało się. Jego słowami – nie będę Ci przecież opowiadał kto z kim kręcił…
Historia wspinania w Gunkach jest całkiem ciekawa, nawet w warstwie faktograficznej (chyba, że to moje skrzywienie) - i co mnie jakoś uderzyło – zaskakująco podobna do historii wspinania w polskim wapieniu. Przynajmniej jeśli chodzi o podział na okresy. Ale może można to powiedzieć o prawie każdym rejonie w zachodnim świecie. W końcu w tych samych okresach ludzie używali podobnego sprzętu, myśleli podobnie o polityce, słuchali podobnej muzyki i palili podobne substancje.
Wszystko zaczęło się dość późno – przynajmniej jak na europejskie standardy - bo dopiero w roku 1935. Ale za to jak romantycznie… Fritz Wiessner, Niemiec z Drezna, doświadczony wspinacz, który wyemigrował do Nowego Jorku w 1929 wspinał się pewnego wiosennego popołudnia z w rejonie Breakneck Ridge w doline rzeki Hudson. Po gwałtownej burzy, powietrze było wyjątkowo przejrzyste. Ze szczytu spojrzał na północy-zachód i zobaczył kilkadziesiąt kilometrów dalej rozległy biały skalny klif. Nigdy o nim wcześniej nie słyszał. Porównując do lat trzydziestych w Europie, gdzie już większość Alpejskich ścian doczekało się pierwszych przejść, może się to wydawać dziwne. Ale wtedy w Stanach, szczególnie na wschodnim wybrzeżu, środowisko wspinaczkowe nie było duże. Nie dla wspinania przyjeżdżało się do tego kraju.
W ten sposób został odkryty rejon, który już w kolejny weekend doczekał się pierwszych dróg, i który z czasem miał się stać centrum wspinania na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. W zasadzie aż do lat po II wojnie światowej aktywność wspinaczkowa była tu jednak niewielka. Rejon był (i wciąż jest!) prywatną własnością Mohonk Mountain House – ekskluzywnego hotelu. Przyjeżdżała tu więc garść bogatych gości z okolic Nowego Jorku, ale wspinaczy można by najprawdopodobniej policzyć na palcach jednej ręki. Większość dróg z tego czasu można przypisać bądź samemu Wiessner’owi, bądź jego bliskiemu przyjacielowi Hansowi Kraus.
Dopiero koniec lat 40 i początek 50 przyniósł większe zmiany – nowe podejście do wspinania, nowy sprzęt, nowych ludzi. To czas kiedy wspinanie powoli przestało być zajęciem dla ekscentrycznych dżentelmenów, a stało się akceptowalnym sposobem spędzania wolnego czasu. Powstawały wówczas pierwsze drogi o trudnościach 5.8, które teraz są klasykami rejonu. Podobnie jednak jak wszędzie na świecie, wiele dróg przechodzono nie zwracając uwagi na styl, byle do góry. Na jednej – Double Crack – korzystano aż z 50 haków… Teraz droga ta ma wycenę 5.8.
Rebelianci pojawili się na scenie pod koniec lat 50. Osoba, która jako pierwsza zaczęła podkreślać znaczenie stylu w przejściu drogi, był Jim McCarthy – młody student z Princeton, późniejszy prawnik, znany wspinacz i prezydent American Alpine Club. Jemu przypisywane są pierwsze próby odhaczania dróg i zmiany perspektywy patrzenia na styl we wspinaniu. Chociaż podobnie jak większość wspinaczy z tamtego czasu, należał do owianego tradycja Appalachian Alpine Club, często nie podzielał dość konserwatywnych poglądów środowiska i kontowersyjnych wymogów. Różnice w poglądach środowiska ‘Appies’, jak nazwywano wspinaczy zrzeszonych w AAC i rosnącej liczby reprezentantów młodego pokolenia w końcu doprowadziły do otwartego konfliktu. Właściciel rejonu, za namową AAC wprowadził w roku 1958 wymóg posiadania ‘karty wspinacza’. Te zaś wydawane były jedynie przez AAC po stosownym udowodnieniu, że aplikant reprezentuje wystarczający poziom wspinania i odpowiednie maniery. Co więcej, zespoły miały obowiązek zapisywać się na drogi i przechodzić testy dopuszczające przed każdą wspinaczką. Osoby nie posiadające zezwolenia nie miały prawa wspinać się w skałach Shawagunks. W teorii zakaz miał być egzekwowany przez ochroniarzy zatrudnianych przez Mohonk Mountain House. W praktyce mało kto nim się przejmował, szczególnie będąc kilkadziesiąt metrów nad ziemią. Chociaż u podstaw – przynajmniej oficjalnych - regulacji kwestii pozwoleń leżała troska o bezpieczeństwo, filozofia ochrony obywatela przed nim samym nie miała szansy się obronić. Tym samym dominacja środowiska ‘Appies’ (AAC) ustąpiła nowym pokoleniom. Zacząła się era Vulagrians i lata 60…
Jeśli pamiętasz co się działo, znaczy że cie tam nie było.
Kim dokładnie byli The Vulgarians zostało
zapomniane w dymie marihuany i oparach whiskey. Zasłynęli trudnymi przejściami,
‘skandalicznym zachowaniem’ i życiem pod wszechobecnym hasłem ‘sex, love and
rock-and-roll’. Ich misją było w dużej mierze dokopanie skostniałym zasadom
AAC, co dość dobrze oddaje nazwa
zbuntowanego środowiska. Zarówno im samym jak i otoczeniu AAC wydawała się
pasować idealnie. W zależności kto ją wypowiadał, była albo epitetem, albo
marką niezależności. Zostawili po sobie niezliczoną liczbę dróg, opowieści i
anegdot (np. zjeżdżanie busem VW po trasie narciarskiej) i kilka odcinków
gazetki The Vulgarian Digest, których okładki przeszły do historii (zdjęcie
obok – Dick Williams wspinający się nago na drodze Shockley's
Ceiling. Swoim przejściem ustanowił standard stylu pokonywania tej drogi…).
Kolejne dziesięciolecia, to jak wszędzie na świecie dość szybki rozwój poziomu pokonywanych trudności i podobnie jak w innych rejonach, czas sporów o etykę obijania dróg. Ten ostatni temat, został 1986 roku zakończony odgórnym zakazem osadzania stałych przelotów. Dzięki temu rejon do dziś zachował niepowtarzalny charakter ‘trad climbing’, choć z drugiej strony nie rozwinął się sportowo. Z istniejących dróg, nawet najtrudniejsze wypracowane wieloma próbami przez lokalnych wspinaczy, nie zdały egzaminu czasu. Ku rozczarowaniu lokalnych mistrzów, większość padała OSem przy pierwszych wizytach topowych wspinaczy z Europy.
Obecnie rejon wyczerpał już możliwości
eksploracyjne. Ponieważ konsekwentnie zrezygnowano z obijania dróg, tam gdzie
nie ma naturalnej asekuracji pozostaje wędkowanie. Jednak dla każdego, kogo
zadowolą drogi do 5.12 jest tu wspinania na pół życia. Oczywiście Stany są duże
i oferują z pewnością wiele ciekawszych rejonów. Mam nadzieje się o tym
przekonać już w przyszłym tygodniu z Agatą w Colorado, Utah i Arizonie. Gunki
muszą poczekać do kolejnych weekendów w Maju. 
Wszystkie teksty zamieszczone na stronie podlegają ochronie. Zabrania się ich kopiowania, przetwarzania i rozpowszechniania bez pisemnej zgody
Copyright © HiMountain