Climbing USA

Autostrada I-70 przecina USA wzdłuż, od wschodu po zachód, od Waszyngtonu po zachodnie Utah. Jest jedną z głównych autostrad w środkowych Stanach. Mimo to jadąc od Denver do Moab w Utah, po minięciu Grand Junction, byliśmy na niej w zasadzie sami. W górach o tej porze roku (koniec kwietnia) jeszcze środek zimy. Na zboczach nad drogą metrowe zaspy śniegu, a wyżej przez gęste chmury czasami przebijały się ośnieżone wierzchołki. Niestety nic więcej nie widzieliśmy jadąc przez śnieżyce i ulewny deszcz.  Droga do Aspen, którą wybraliśmy była jeszcze zamknięta, więc zostaliśmy na autostradzie… a myśleliśmy wygrzewać się w cieple po długiej zimie.

Po minięciu Grand Junction wyjeżdża się z pasma gór skalistych na rozległy płaskowyż równiny Colorado. Gdzie spojrzeć, niekończąca się przestrzeń. Na płaskiej ziemi gdzieniegdzie wyrastają skalne kształty, gdzie indziej z kolei woda wydrążyła ogromne kaniony. Wszystko w kolorach od pomarańczowego po ciemno ceglasty. Pięknie, ale czasami brakuje urozmaicenia, a przede wszystkim zieleni…

Pierwsze dni spędziliśmy w okolicach Moab, odwiedzając pobliskie pustynne rejony wspinaczkowe i parki narodowe Arches i Canyonland National Parks.

Parki narodowe w USA za zadziwiająco podobne do siebie w warstwie ‘formalnej’.  Na wjeździe zawsze wita cię uśmiechnięty Ranger, pobierając stałą opłatę $25 za siedmio-dniowe pozwolenie (choć wiadomo, że każdy spędza tam tylko jeden dzień albo i mniej) i  z niesłabnącym zaangażowaniem opowiada gdzie znajduje się visitor center i co należy zobaczyć w parku, choć kilka sekund wcześniej opowiadał to samo parze siedzącej w samochodzie z przodu. Swoją drogą visitor center zawsze znajduje się zaraz za wjazdem do parku, więc ta informacja w większości wypadków okazuje się zbędna. Miejsce to jednak należy obowiązkowo odwiedzić, tak się przynajmniej wszystkim wydaje, i tak też mi się zawsze wydawało. Choć niby wszystkie informacje są na mapie, którą dostaje się od Ranger’a na wjeździe, przecież zawsze można usłyszeć coś więcej w rozmowie bezpośredniej z kimś kto spędził tu większość swojego życia. Ale czy na pewno, biorąc pod uwagę, że po powyższą informację stoi nieustannie kolejka kilku osób…

Każdy amerykański park narodowy obowiązkowo posiada „scenic driveway”, czyli rundkę samochodową doprowadzającą do wszystkich miejsc widokowych i atrakcji danego parku. Co bardziej udane mają parkingi zbudowane tak, by nie trzeba było wysiadać z samochodu by zrobić zdjęcie… Ok., trochę przesadzam. Ale niewątpliwie wystarczy odejść 300m od parkingu by z dużym prawdopodobieństwem nie spotkać przez kolejną godzinę innego człowieka. 500m od parkingu kończy się oznakowanie ścieżki, a po kolejnym kilometrze w zasadzie niewiadomo gdzie się jest. I to tak naprawdę jest w tym wszystkim najfajniejsze. W tym kraju wystarczy odejść kawałek od cywilizacji, by znaleźć się na kompletnym odludziu i dziczy niespotykanej gdziekolwiek w Europie.  

W każdym razie na krótkiej wycieczce w Arches NP zgubiliśmy się skutecznie. Nie chcąc wracać ta samą drogą zewspinaliśmy się po skałach na pustynie i obeszliśmy cały rejon dookoła. Oczywiście jak przystało na wytrawnych turystów, nie wzięliśmy ze sobą wody… a znaki informacyjne na parkingu ostrzegały – never leave the parking area without a water supply… Wspominały też o kotach zamieszkujących te rejony… In case of a Mountains Lion attack – fight back! …

Zginąć można zresztą nie tylko z powodu braku wody czy pod pazurami górskiego kotka. Wystarczy jeden nieostrożny krok na krawędzi kanyonu by znaleźć się 500m niżej. Oczami wyobraźni widzę rozbawione dzieci biegnące krótką, szeroką ścieżka z parkingu i wybiegające wprost w czeluść przestrzeni. Żadnych barierek, żadnych ostrzeżeń – człowieku, radź sobie sam skoro tu przyjechałeś. Ciekawie to kontrastuje z ogólną tutejszą tendencją pozywania każdego o wszystko co tylko przyjedzie do głowy, w nadziei, że skoro stała ci się jakaś krzywda (albo i nie), znaczy że ktoś nie zadbał o to by ci się nie stała.

Kolejne dni spędziliśmy w Indian Creek próbując trochę prawdziwego, czystego wspinania w rysach. Chcąc się wspinać w rysach, to miejsce jest z pewnością krainą wyśnioną. Nie chcąc się wspinać w rysach, należało by raczej pojechać gdzieś indziej, bo innej techniki niż klinowanie się tu nie używa. Dla nas było to pierwsze zetknięcie z tego typu wspinaniem, i nie przypadło nam do gustu. Jakkolwiek piękne i estetyczne wydaje się z dołu, zawsze związane jest z pewną dawką bólu – czy to przy klinowaniu palców czy dłoni, czy skręcaniu stóp i kostek. Do tego towarzyszyło mi cały czas wyobrażenie co stanie się z moją zaklinowaną kostką, gdyby przypadkiem ręce wyjechały z gładkiej rysy powyżej. Brakowało mi też finezji i lekkości wspinania ścianowego. Zamiast tego dość powtarzalne przechwyty często wymagające bardziej wytrzymałości na ból, niż siły w palcach czy fantazji w ustawieniu ciała. Ale doświadczenie oczywiście ciekawe i dość przydatne dla ogólnego rozwoju wspinaczkowego.

Z Indian Creek wybraliśmy drogi na zachód w stronę Bryce Canyon i Zion National Park, po czym na południe do Arizony i mało popularnego rejonu Paria Canyon. Tu na jednej z bocznych dróg skutecznie zakopaliśmy samochód (Ford Fusion) w  piasku. Oczywiście w miejscu gdzie kończyła się szutrowa nawierzchnia był wyraźny napis – ‘only 4x4’ – ale wychodząc z założenia że ostrzeżenie jest z pewnością na wyrost, ruszyliśmy śmiało do góry. Przejechaliśmy ok. 2 km zanim nasz Ford zawiesił się na osłonie silnika jasno tym samym dając do zrozumienia, że nie jest samochodem, którym pokonuje się piaszczystą i górzysta pustynie… Nie mając innego wyjścia zabraliśmy się za odkopywanie przy pomocy pierwotnych narzędzi – patyków. Szło nie najgorzej, a w dodatku po dość krótkim czasie z dołu podjechał pick-up, z którego wysiedli uśmiechnięty od ucha do ucha Ranger i jego młoda adeptka. Z zasadzie bez słowa dał na łopatę, zaznaczając ‘never leave home without it’.  Ich obecność, bardziej nawet niż łopata, dodały nam otuchy i faktycznie po kilku kolejnych minutach bez większego problemu wycofaliśmy samochód w dół. Dalszą drogę pokonaliśmy pieszo. Co ciekawe, przez cały dzień – prócz wspomnianego Rangera który wyłonił się w najbardziej pożądanym momencie - nie spotkaliśmy nikogo innego.

Paria Canyon to w ogóle dość ciekawy regon. Nie ma statusu parku narodowego, ale żeby zapuścić się w niektóre jego części trzeba wykupić pozwolenie, których dziennie jest tylko 20. Oznacza to, że prawdopodobieństwo spotkania kogokolwiek w ciągu dziennego lub kilkudniowego trekkingu jest naprawdę niewielkie. Do wyboru kilka ciekawych tras – przez slot canyons, przez piaszczyste wydmy o pomarańczowo – czerwonym kolorze, czy piaskowcowe skały o niezwykłych kształtach i ciekawej warstwowej strukturze.  Warto odwiedzić.

Po drodze z powrotem do Denver podjechaliśmy do Black Canyon of the Gunnison National Park. Wstępnie byliśmy tu umówieni z przyjaciółmi poznanymi przy okazji wspinania w Gunks i nasz pierwotny plan zakładał dwa dni wspinania. Ostatecznie nie starczyło nam czasu więc zadowoliliśmy się piknikiem na krawędzi z widokiem na 800 metrowe urwiska. Podobno wspinanie tu jest bardzo ciekawe, dzikie i wymagające. Następnym razem, może w lipcu.

Na koniec trochę zdjęć... więcej na www.2ontrail.pl

Arches National Park

 

 

Wróć do: Krzysztof Sadlej
Komentarze:
Brak komentarzy

Dodaj komentarz:

Wpisz słownie wynik operacji: 2 + 2 =
polecamy

Wszystkie teksty zamieszczone na stronie podlegają ochronie. Zabrania się ich kopiowania, przetwarzania i rozpowszechniania bez pisemnej zgody

Copyright © HiMountain